Strona główna | NOWE! megazin eMkartki | megazin literacki | Magazyn (archiwum) | Odtwarzacz Kraków (2004) | MOS (2002) | historia | Kontakt

Strona główna/ Magazyn

Literatura
Film
Muzyka
Teatr
Medium
Wizje
Sztuka

MOTYW Z WENDERSA
(Wojciech Brzoska, Niebo nad Sosnowcem)
Radosław Wiśniewski
|2001|

      Kilka tygodni temu, za pośrednictwem największego dystrybutora młodej poezji w kraju - poczty polskiej (tak czytelniczo-księgarską smutę skwitował Jarosław Klejnocki) - dostałem drugi tomik Wojciecha Brzoski, Niebo nad Sosnowcem. Czytałem łapczywie kilka razy, mając w świadomości, że z poetami jest być może podobnie jak z zespołami rockowymi - dają się w pełni poznać po drugiej publikacji. Druga książka Wojtka Brzoski wymyka się jednak uproszczonym ocenom. Wiem, że niektóre wiersze były na świecie zanim wyszedł jego debiutancki tomik Blisko coraz dalej. Publikacja zresztą niesłusznie zbyta niemal całkowitym milczeniem lub mało wnikliwymi analizami tytułu i okładki, czasem z przekręconym nazwiskiem autora. Zatem - proszę wybaczyć - Niebo nad Sosnowcem to dla mnie ciąg dalszy debiutu, chociaż w stosunku do Blisko, coraz dalej książka zdecydowanie zyskała na zwartości. Można ją odczytać jako jedną historię. Pomimo tego, że zdarzają się odpryski nie wpisujące się w ogólny koncept autora i narracje o sprawach ostatecznych, widać syntetyczne myślenie i ono wybija się w czytaniu na plan pierwszy. Układ wierszy nie odzwierciedla więc jedynie chronologii nagród, czy publikacji, ale ewokuje credo autora. Tom otwiera jednak odprysk - wiersz drukowalność. Użycie cytatu z listu od Adama Wiedemanna i odcięcie się od niego w wiele sugerującej frazie: "(...)W przejściu podziemnym literatury są pewne/ miejsca, w których sprzedają płynne przepustki/(...)/ (...).Tam warto/ się męczyć, tam warto nie trzeźwieć.", zdradza dosyć osobisty charakter, urazę i traumę. Miejsce, w którym wiersz znalazł się w tomiku nie jest zapewne przypadkowe - tak jakby autor chciał nosa przytrzeć byłemu redaktorowi "Studium", że o, proszę, wydałem druga książkę! I trochę szkoda, bo wiersz nic na tym nie zyskuje. Ot, obrazek z życia literackiego kraju, jeden na drugiego się obraził i dowalił mu w swojej książce poetyckiej. Ale myślę sobie, że niech będzie, dawno nie było porządnej awantury w naszej literaturze i nikt nikogo za uszy nie wytargał. Tylko po co dokładać do ładnie skonstruowanej całości ten glejt, usprawiedliwienie. Jeżeli wiersze są dobre, to i tak się będą bronić, czy się wypije z kimś wódkę, czy nie. Najlepszym tego dowodem druga książka. Więc nie rozumiem po co, poza niewątpliwa hecą, odcinanie się starszym. A może to wiersz pokoleniowy, nowy podział sceny na "drukowalnych" i "niedrukowalnych"? A może chodziło właśnie o ten gest wzgardy, żeby lepiej się odciąć od rówieśników zajętych realizowaniem swojej realpolitik? Nieco dalej błyśnie zagwozdka pod adresem niejakiego Pana Baczewskiego (kasownik, s. 19), a tak naprawdę kawałek o głodnych kawałkach i o tym, że autor się nie zgadza. Chyba też tylko dla draki, które lubią chłopaki... Ale to chyba taka moda - anegdotyczność, granie ironią i humorem do bramki doczesności; przemijalność nazwisk, imion i facjat, nieprzemijalność układów i układzików właściwych wszystkim tzw. elytarnym a przez to zawistnym środowiskom. Znowu nie wiem po co, bo zgadzam się, że to paskudne, ale nie wiem kogo to może zainteresować. Chociaż w tym drugim wypadku znalazło się więcej żartu i swobody, jakie dają dystans wobec zdarzenia niekoniecznie realnego. Chodzi o coś jeszcze. Nie wiem, po co te dwa wiersze trafiły akurat do tomiku, ale może za odpowiedź wystarczy cytat z Jacka Kleyffa: "A czy przyroda kolebka myślała kiedyś dokładnie/ na co jej wielkie mamuty - ani wygląda to ładnie/ ani z nich skóra na buty - robiła i tak jej wyszło..."
      To, co proponuje Brzoska w pozostałych wierszach to jednak więcej niż drukowalność i nieomylność. To intuicyjne przeczuwanie drgnień czegoś ważnego, sensownego pod skórą powszedniości. Książka prowadzi od punktu zero do punktu zero, jakby po jungowskim spektrum rozwoju, po spirali, w której wraca się do punktu wyjścia, ale inaczej. "...zaczynam ostatnio poważnie myśleć o aniołach..."; "...to zawsze są historie o mężczyznach i kobietach...". Takie Świetlicko - Kobierskie motto otwiera książkę. Tytuł tomu (wyraźny motyw z Wendresowskiej wizji upadłych aniołów), motto i układ wierszy wyraźnie sugeruje oś przewodnią opowieści. Początek i koniec jest o aniołach, gdzieś pomiędzy są mężczyźni i kobiety. Uparte poszukiwanie porządku w chaosie i coś jeszcze - bezwyznaniowa religijność, świeckie sacrum, nowa metafizyczność?


na starcie bez szans na cud

"nie chodź po wodzie - mówi matka
do swojego synka"
            (s.10)


Skojarzenia oczywiste, a przecież to zwykłe zdjęcie, obrazek, tyle że przemyślnie, instynktownie przekadrowany tak, że ukazuje drugie dno, przeczucie sacrum tkwiącego w każdym szczególe. Chociaż cudów ni ma. Temat, który znajduje konsekwentną kontynuację, chociaż trudno byłoby znaleźć wyraźne tropy, które wskazywałyby jednoznacznie orientację filozoficzną autora. Rodzi się podejrzenie o uprawianie nie do końca prawomyślnej poetyckiej gnozy:


"(...)
zupełnie przypadkiem
dotykamy Stwórcy pod podłogą nieba
dotykamy Diabła nad dachami piekła"
            (jazda, s.16)


Czyli gdzie jest sacrum? Między nami, ciałem każdego z nas się stawszy, w autobusie błyska, szkli się w zimnym theatrum strupieszałego miasta. Nie w miejscach do tego przeznaczonych (krzyżyk na drogę, s.14), koło ratunkowe podaje się zupełnie gdzie indziej i w innych sytuacjach (por. koło ratunkowe z debiutanckiego tomu Blisko, coraz dalej). Gdzieś tam, w każdym atomie ukryta jest barwa tajemna, kamień mądrości.
      Zaraz potem okazuje się, że w większości to rzeczywiście historie o kobietach i mężczyznach, jeszcze niezbyt dojrzałych, jeszcze przypominających bardziej zziębnięte i zmoknięte kurczaki (bez szans na cud na starcie). Czułości tutaj nie ma, za to dużo strachu i lęku, bo bliskość kojarzy się na razie tylko z tym, że potem jest jeszcze bardziej pusto i szaro (pieniądze to nie wszystko, s.32). Każde miejsce jest niewyraźne, akcja niejasna, podmiot zawsze gdzieś pomiędzy, jak z Jana, ani gorący ani zimny. Barwy matowieją. Bo tak się snuje życie. Mętne, niewyraźne, szarobure kontury realności - bez wielu przykładów krzepiących serce. Są też wiersze, które zaliczyłbym do popularnego ostatnio nurtu rejestracyjnego, ( np. bardzo udane sztuczne łono natury, s.24, sztuczne parki, prawdziwe pokazy sztucznych ogni, s.25, niebiesko zielona s.26, listonosz w lipcu, listonosz w pracy, s.27). Ale doraźność szybko się kończy, bo wraz z unaocznieniem sobie własnej przemijalności i nieodwracalności tego procesu - przychodzi głębsza świadomość. Śmierć dochodzi do głosu na stronie 36-tej (świat oswajanej śmierci), zaraz potem Franz Kafka z czernią kłębiącą się pomiędzy czcionkami, jakby echo przeczucia (Praga o twarzach Franza K. śmierć pozuje do zdjęć s.37), monolog spod ziemi, na nowo opowiedziana historia Tristana i Izoldy (druga strona wieczności (monolog spod ziemi) s.38) i wreszcie czytelny motyw nawiązania do pewnego czarno-białego filmu Wima Wendersa (niebo nad sosnowcem, s.39, niebo nad sosnowcem 2, s.40). Ze świadomości śmierci rodzi się światło, skończoność własna pozwala pomyśleć i wyobrazić sobie na chwilę nieskończoność. Z tego zderzenia wyjawia się projekt nowej konfesji, z mocno akcentowaną prywatnością i zaznaczoną we wstępnych wierszach nieufnością wobec zinstytucjonalizowanych form religijności (krzyżyk na drogę, s.14). Pomimo śmierci i mitręgi - jest jakaś nadzieja i droga i koło ratunkowe. Efektowna ta klamra, gdy poprzez historię miłości mającej wszelkie cechy pajęczyny - mdłej i wiotkiej w dotyku, pozoru mającego wszelkie pretensje do realności - postawiony zostaje problem ostateczny i zasugerowana odpowiedź, droga wyjścia. Szczęśliwi, którzy odeszli i już wiedzą. Następstwo tekstów nie jest przypadkowe - śmierć pojedyncza, opowiedziana krok po kroku alienacja, rozwinięte z niej przeczucie z cieniem Franza K. w tle, przypuszczenie, że jedyna miłość spełniona to miłość niedokonana i koncept świeckiej świętości, eschatologii codzienności odkrytej ponownie. Dokonuje się to poprzez łagodną afirmację własnej wizji - chociażby klaustrofobicznej, obliczonej na to, co bez wątpienia policzalne, doświadczalne - ale kryjącej nadal w sobie transcendencję. Bo transcendencji szukać trzeba w sobie (Leonardo da Vinci poluje na głowę Judasza, s.12), chociażby i było to bolesne, a jeżeli już szuka się na zewnątrz, to nie wiadomo czy trzeba szukać daleko (Pan Bóg jest twoją sąsiadką, która widzi tylko po powierzchni, s.13). Anioły z nieba nad sosnowcem to zaledwie cienie, pozbawione sierioznego metafizycznego tła, nie zwiastują, nie czynią cudów, gdyż życie jest cudem (a wiara potrafi być jak ziarno gorczycy...):


"(...)
niebieska plamka na szarym betonie chodnika
zmniejsza się, anioł odchodzi
i znika"
            (niebo nad sosnowcem, s.39)


      Słabo zarysowany anioł jest nadal aniołem, jest nadal wysłannikiem jakiegoś wyższego sensu tego wszystkiego. Nie jest on czytelny i przejrzysty, stąd pomiędzy podłogą nieba a dachami piekła szukałem uparcie i oto mam chociażby przeczucie. Projekt, jaki buduje autor, to projekt metafizyki pozytywnej, z egzystencjalnego zamętu jest jakieś wyjście i są przewodnicy, chociażby niemi i niedostrzegalni na tle chodnika - anioły od Wendersa. Pewnie, że aniołki początku XXI wieku nie chodzą w tunikach i nie noszą bielonych w "Vizirze" skrzydełek u ramion, bo czegoś takiego po świecie podmiotu lirycznego spodziewać się nie można. Ale jednak są, i to zdaje się jakoś wyprowadzać z bajzlu codziennego w przestrzeń lepszą, gdzie światło nie pochodzi od sodowych lamp, jest przejrzystsze i łagodniejsze dla oczu.
      Swoistym po-słowiem autorskim są dwa zamykające tomik wiersze i chociaż są to ciekawe kompozycje, tomik mógłby się bez nich spokojnie obejść jako całość:


matematyka dźwignią staników

"teraz kiedy studiujesz, pewnie nie masz
czasu na pisanie" - mówi, licząc
pieniądze mój wujek matematyk
z hurtowni staników

teraz kiedy pracujesz, pewnie nie masz
czasu na życie - myślę, nie licząc
ani przez moment
na zrozumienie
            (s.44)


i

podsłuchane ostrzeżenie

uważaj co mówisz
bo zaraz znajdziesz się
w jego wierszu
            (s.45)


      Podwójnie złożone credo twórcze. Meta-informacja, wyjaśnienie, dlaczego nie było popisów i fajerwerków formalnych. Chociaż Brzoska o to nie zabiega - daje się zrozumieć. Jest prosty, ale granicy prostoty nie przekracza. Owszem, podsłuchuje, podpatruje, przykrawa przedmioty i ludzi, ustawia w figury mające opowiedzieć wiarę w jakiś wyższy porządek. Czy boski, nie wiadomo, ale taki, który wydaje się być sensowny i wymagający od odkrywcy jedynie uważności i patrzenia poprzez pozory.
Zatem prostota, chociaż to nie przeszkadza dyskretnemu i nienachalnemu naginaniu słów do myśli, odginaniu ich od pierwotnych znaczeń. Wiersze błyskają udanymi metaforami, zgrabną frazą, grą interpunkcyjną, przerzutniami, homonimicznymi sprzęgnięciami wyrazów, wywiedzionymi z języka potocznego skojarzeniami i asocjacjami.
Niebo nad Sosnowcem to udana próba, wskazuje drogę, jaką być może autor pójdzie dalej. Krok do przodu, chociaż zastanawiam się czy nie lepiej było poczekać ten rok i wydać jednej książki zamiast dwóch. Może się czepiam, ale widzę wyraźnie w wierszach Wojtka Brzoski odblask tego, czego nieświadomie oczekuję od wiersza postbarbaryjskiego czy od wiersza w ogóle - z wykorzystaniem idiomu codzienności, języka kolokwialnego - spróbować się zmierzyć z troskami ostatecznymi. Powrócić do wyobraźni od stanów prywatnych, nie negując ich ważności. Sprawić, by możliwe do pomyślenia przy wierszu stały się inne warstwy bytu. Taki trend zdaje się być zauważalny wśród niektórych młodych poetów. Wcale nie suche stany prywatności, nie językowy greps, ale coś jeszcze. Tom Wojtka Brzoski - nic mu z indywidualnego, rozpoznawalnego, przynajmniej dla mnie, charakterystycznego rysu nie odejmując - wpisuje się w te tendencje. Zawiera w sobie realizacje, które moim zdaniem mogą spokojnie pretendować do miana znaczących - czy nieomylnych to nie wiem. Na pewno drukowalnych. I będę tego zdania bronił, chociaż być może ktoś mnie za to rozjedzie czołgiem elokwencji. Chciałbym wiedzieć, co będzie miał do powiedzenia tam dalej, koło trzeciej książki; co odrzuci ze swojego warsztatu, a co rozwinie. Czy zwycięży opcja "hermetyczna", czy otwarta kulturowo, czy wygra czuły optymizm i uparte przekuwanie szczegółu i jedyności? Próba odnalezienia kruchej niepowtarzalności w próbie sugestii wyższego porządku świata, ostrożność, ale i swoboda rozgrywania przestrzeni kultury i tradycji?
      Często kończę swoje pisanie o cudzych wierszach aktem wiary w dalszą twórczość, chociaż z założenia książka powinna być zamkniętą całością, podsumowaniem zmagań z językiem. Pisząc o dokonaniach swoich bliższych lub dalszych rówieśników - widzę ją najczęściej jako wstęp do, przystanek po drodze. Tak jest i tym razem. Chociaż z drugiej strony język, orientacja aksjologiczna i estetyczna są już wyraźnie zaznaczone. Jest tylko pytanie czy zaznaczy się, odciśnie w środowiskowych przepychankach. Moje zdanie jest takie, że im mniej autor będzie dbać o drukowalność i kasowanie biletów, tym większa szansa na odstrzelenie w osobności. Do nieomylności można dojechać także na gapę. Tak jest może nawet przyjemniej, a heca większa niż przycierania nosa redaktorom, którzy przecież przemijają.



Wojciech Brzoska, Niebo nad Sosnowcem, wyd. Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2001

© 2000-2017 Megalopolis | megazin eMkartki | megazin literacki | Magazyn | MOS | Odtwarzacz |

intryguj --> goat.cupsell.pl | sklep z koziołami --> kozly.cupsell.pl | wszystko o kozłach --> kozly.net |
design by: goat, scripts: Maszyna PL